5 Zielonogórski Rajd na nartorolkach

(17-18.09.2026r.)To jeszcze nie jesień, ale te ranki już biją chłodem. W plecaku odzież na każdą okazje. Tym razem czeka rajd w Zielonej Górze w krainie winnic, gdzie jeszcze wybrzmiewają dźwięki winobrania. W tym roku Mateusz z Kasią wymyślili zmagania obejmujące nie tylko Zieloną Górę ale i odległą Łęknice, od której wszystko się zaczęło. Prolog. Jak to spokojnie i niegroźnie brzmi.
Można zaryzykować stwierdzenie, że to były dwa rajdy. W sumie ponad 60km, ale niech nikogo nie zmyli ich ilość. Łatwo nie było. Trasa urozmaicona, pełna zieleni lasu, który towarzyszy nam przez całą drogę.
I chociaż na ulicach darmowe wino nie stało w butelkach ani nie przelewało się w fontannach, to nartorolki zostawiły tu swój zapach, obraz i ślad.
Dzień pierwszy prolog w Łęknicy. Z czym wam się kojarz prolog? Z krótką jazdą kilka kilometrów. Krótki sprint po żółtą koszulkę.
Jednak w tym przypadku to było ponad 30km i to głównie po leśnej i szutrowej nawierzchni a nasze koła zawędrowały aż po za granicę naszego kraju. Jak już ruszyliśmy powrotu nie było, bo rzeka Nysa wyznaczała nam swój leśny zielony szlak.
Atrakcje zaczęły się już zaraz po przejechaniu wysokiej bramy wytyczający szlak w kierunku dawnej kopalni węgla brunatnego. Kopalnie Babina ze swoimi wysychającymi jeziorkami mieni się brunatnymi kolorami. Widzimy zanikające ślady bytności człowieka, który kiedyś swoimi koparkami wydzierał ziemi brunatne bogactwo. Ale już od lat natura odzyskuje przestrzeń pokrywając je coraz bardziej gęstniejąca roślinnością.
Mijając kolorowe jeziorka nie sposób nie stanąć na ich brzegu i nie sprawdzić co jest pod nogami. Nartorolki dotykają, smakują swoim bieżnikiem grunt i wytyczają na mokrym piasku ścieżki, które zostaną tak długo, aż nie spłucze ich deszcz. Tu poziom wody coraz niższy. Chowa się przed ludźmi, tak jakby miała dość ukazywania swojego lustra ludziom.
Przedzierając się szutrową drogą przez las podziwiamy zagubione w gęstwinach mieniące się brunatnymi kolorami kolejne jeziorka. Aż w końcu dojeżdżamy do wysokiej wieży widokowej z której rozciąga się przepiękny widok na okolicę. 24 metry i 120 schodków. Przed nami jezioro Afryka. Gdy spoglądasz w dół strach paraliżuje nogi, ale warto objąć wzrokiem tą dal ginącą gdzieś w pochmurnej przestrzeni.
Krótki przystanek przy granicznej bramce zaowocował kontrolą niemieckiej policji. Skrupulatnie nas policzyli, zabrali dowody a potem oddali wyczytując niemrawo nasze nazwiska. Próba dialogu w języku angielskim zaowocowała odmową. W Niemczech tylko po niemiecku.
Na niebie coraz więcej słońca, które odkrywa przed nami coraz więcej tajemnic. W szumie kół wślizgujemy się do Parku Mużakowskiego, którego główną atrakcja jest okazały zamek. Błękit nieba odsłania nam pałacowe kolory. Można usiąść na rozległej wypielęgnowanej trawie, sycić się pogodą i widokiem dwóch lwów strzegących okolicy. I spijać to piękno swoimi wszystkimi zmysłami. Cudowne miejsce, warte zobaczenia, gdzie czas wydaje się nie płynąć.
Po drodze było kilka nieprzewidzianych przystanków. Rowery czasami łapią gumę, więc nasz powrót mocno się opóźnił. Nie ma jednak czego żałować. Wspomnienia pozostają, chociaż nogi bolą, ale ten ból ma swoją poetycką historię.
To już koniec prologu. Zostaje jeszcze posiłek w pizzerii a ja wracam do domu pełen rozbieganych myśli.
Czas odpłynąć na kilka godzin, by rankiem znów dopłynąć do brzegu dnia. Zielone przygody czekają.