SWORNE 2026r.-dzień-1

Zanim opowiem historię  o dniu w których królowały(według mnie) nartorolki terenowe kilka słów o całości imprezy i pierwsza porcja zdjęć.

 Sworne 2026r. to czas w rytmach Vivaldiego w  piekącym słońcu, deszczu i podmuchach wiatru. W wielu przeciwnościach, niewiadomych ale też w większości dobrych akcentach, które nakręcały imprezę przez dwa dni.

Długo by można mówić, opisywać każdą chwilę, każdy z nas ma inne spojrzenie na to wszystko co się działo. Ważne, by po takim czasie była ochota, by wrócić ponownie. Bo Sworne jest niczym pociąg, który ciągnie nas wszystkich i warto by wsiadało do jego wagonów coraz więcej pasażerów.

Pierwszego dnia pogoda dopisała idealnie, ale gdzieś tam w prognozach czaiła się zmiana, która wniosła niepokój.

Bo aura nad jeziorami często zmienną jest. Woda niczym magnez przyciąga wiatr i deszcz.   Ale całe szczęście  po za pojedynczym podmuchem, który przewrócił  cześć bramek nic więcej się nie wydarzyło a przymocowana do drzew ścianka z dumą przetrwała do samego końca.

I w końcu oczekiwany dzień. Pusty, wykoszony  plac zapełnia się ludźmi, samochodami a na metalowych barierkach zawisają banery sponsorów. Trasa przygotowana perfekcyjnie, znana wszystkim doskonale, zjazdy zabezpieczone by nic złego się nie wydarzyło.

Organizatorzy pracują jak w ukropie, by wszystko dopiąć na ostatni guzik, by zawodnicy na trasie czuli się bezpieczni i zaopiekowani.

A potem ta chwila gdy nartorolki grzeją swoje łożyska niczym sportowy samochód, by za chwilę rozpocząć  rywalizację. Tu  nie ma już żartów. Z ziemi dochodzą dźwięki niczym z silnika ferrari.

Najpiękniejszy w tym wszystkim jest czas jazdy, która budzi  dreszczyk podziwu. Klasyk posiada w sobie ten fimowy ukryty spokój a łyżwa swą ekspresyjną  dynamikę. Dwa style i dwa odczucia do połączenia razem współgrają ze sobą i dopinają ciało.

I nie da się zapomnieć tego wyrazu twarzy gdy zawodnicy wpadają na metę. Radość z ukończonego dystansu, ze zwycięstwa miesza się z sobą niczym posolony lub posłodzony chleb. Zresztą dla każdego ta chwila ma inny smak, naznaczony własnym zmęczeniem.

Po koszulkach spływa wraz z potem ulga, że to już meta. Że udało się sprostać bardziej lub mniej swoim oczekiwaniom.  Woda gasi pierwsze pragnienie a wkrótce gorący bigos Moniki rozgrzewa żołądek. I nie brakuje tych, którzy swoje kolejne kroki kierują w stronę jeziora.

Podium na tle lasu wygląda bajecznie wpięte w obraz wielkiej wiszącej na drzewach ścianki a pod nim rozścielony niebieski dywan. Już za chwilę, Kuba,Marek i Jagódka ze swoim uroczym uśmiechem będą wręczać  medale  i upominki zawodnikom. To chwila wyjątkowa i jest ukoronowaniem włożonego w zawody wysiłku.

Gdy ostatniego dnia przejechaliśmy trasę zbierając sprzęt na asfalcie wciąż było widać ślady nartorolek, które mimo deszczu nie znikły z drogi, wtopione przejazdem setek kół.

Sworne to też czas zawierania nowych znajomości, dzielenia się swoimi przemyśleniami z jazdy i tym co każdy z nas chciałby tu jeszcze nowego przeżyć. Kuba z całą pewnością wsłuchiwał się w te wszystkie rozmowy i pokieruje przyszłoroczną organizacją tak, by każdy z nas znalazł tu coś dla siebie.

SWORNE ma zawsze jednak szerszy wymiar. Musi więc być  integracyjna impreza pod namiotem, tańce i rozmowy niemal do samego rana.

A potem do domu pakując do toreb nagrody za udział, za zwycięstwo czy nagrody pocieszenia. Każda z nich będzie dla wszystkich cenną pamiątką.

Ogromne słowa uznania należą się w tym miejscu organizatorom. Kubie, Markowi i Jagodzie i innym osobom zaangażowanym w projekt za trud w organizacje imprezy. Jako osoba która była przy tym wszystkim blisko, wiem  ile wysiłku trzeba włożyć, aby zawody mogły się odbyć na takim a nie innym poziomie. Przez kilka dni przejechaliśmy kilkaset kilometrów samochodem. Na nogach wiele kolejnych kilometrów i odbyło się setki rozmów telefonicznych. I na końcu ten słodki smak radości i ulga, że wszystko się udało.

Wspierajmy wszyscy tego typu inicjatywy. SWORNE jest wyjątkowe, ale nic nie stoi na przeszkodzie by ktoś z WAS stworzył kolejne.